Trojany i mowa ciała
Nowe technologie zdecydowanie mnie ostatnio nie lubią, ale postanowiłam się tym nie przejmować. Chociaż wcięło mi w dziwny sposób zdjęcia ze wszystkich możliwych wyjazdów itd., które siedziały sobie grzecznie na dysku przenośnym. Znaczy siedziały, dopóki nie zniknęły, a zniknęły prawdopodobnie dzięki kilku dorodnym trojanom, które ktoś tam sprowadził. Nad magią tego zjawiska nie chce mi się zastanawiać, przynajmniej projekt na geografię mogę odłożyć na czas bliżej nieokreślony.
Majowe nieogarnianie świata uważam za rozpoczęte: nie ma to jak przez 45 minut siedzieć pod salą, w której odbywa się lekcja, czyli kultowa łacina roku. Dzwonki w szkole są wyłączone na czas matur, co delikatnie mówiąc, dezorganizuje zajęcia reszcie szkoły, nie żeby do komuś przeszkadzało, oczywiście. Sale też nam nikczemnie pozamieniali, czyli nikt już nie wie, co się dzieje, i to jeszcze bardziej niż zwykle (wszystko jest możliwe!). Dziesięć osób czekało sobie pod salą i nikomu nie przyszło do głowy nacisnąć klamki, żeby sprawdzić, gdzie się podziała pozostała trzynastka. Noo, 20 minut przed końcem lekcji okazało się, że część siedzi w sali, a część pod salą, o czym doskonale wiedziała nauczycielka. Ale się z tym nie zdradziła i chyba ostatecznie przestała mieć dobre zdanie na temat kojarzenia świata przez gimnazjalistów. Taaak…
Tak pomiędzy rozwalaniem różnych rzeczy komputerowych i leniwym błąkaniem się po szkole z nieprzytomnym wyrazem oblicza (dzięki wspaniałemu rozplanowaniu roku szkolnego nie ma już po co chodzić na lekcje, bo albo rozwiązujemy krzyżówki albo są projekty na dodatkowe oceny, których nikomu nie chce się słuchać) muszę ratować swoją frekwencję na spotkaniach do bierzmowania. Ale już nie jestem najbardziej niezorientowaną osobą (siedzenie koło dziewczęcia, które nie rozstaje się z notatnikiem okazało się bardzo pożyteczne, chociaż dalej nie wiem, dlaczego ubzdurałam sobie, że ona ma na imię Rycheza…). Ba, nawet ksiądz D. ostatnio zapamiętał, kim jestem, przydzieliwszy mi uprzednio niezwykle istotną funkcję dziękowania różnym ludziom (także nauczycielom i dyrekcji z gimnazjum rejonowego, których nigdy w życiu nie widziałam, więc zacnie. Ktoś mi chyba palcem będzie musiał pokazać kto jest kim). Przygotowania idą pełną parą, miesiąc przed uroczystością (którą, zgodnie z moim szczęściem, mam tego samego dnia i prawie o tej samej porze co bal gimnazjalny <3), tylko żeby jeszcze działo się tam coś sensownego. Mowę ciała wstajemy-siadamy-podchodzimy raczej już wszyscy zrozumieli za pierwszym razem, ale siedem następnych powtórzeń oczywiście było niezbędnych. Wszystkie kwestie muszą być powtórzone 77 razy, żeby było równo, dostatecznie głośno i z zaangażowaniem. A niechaj by ktoś wszedł do ławki ze złej strony, to po prostu: Wyrzucę! (czyli ulubiony zwrot księdza przygotowującego). Ja się może nie będę wyrywać, i tak na połowie tych spotkań nie byłam z racji kończenia szkoły o dziwnych godzinach i dodatkowego angielskiego. Teraz muszę zbierać podpisiki i piecząteczki. Podpis na wagę złota! Jak już ksiądz D. zostanie papieżem, opchnę mój magiczny notesik na Allegro!
Hmm, ciekawe, czy będę miała w tym tygodniu jakąś normalną lekcję? I po co rok szkolny trwa do końca czerwca, skoro wszystkie podręczniki trzeba było przerobić do egzaminu? Absurdy, absurdy. I nonsens. A jak nonsens, to Alicja – soundtrack z Almost Alice, od którego się już uzależniłam:
Miłego rozwiązywania łamigłówek matematycznych. A co niektórym Zielonej Szkoły, bo Sportowa jedzie sobie do Łeby, cwaniaki







