platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Ach, sesja!

Ach, sesja! Ten cudowny czas w życiu każdego studenta, kiedy trzeba podejmować ważkie decyzje: spać, jeść, czy może jednak nauczyć się czegoś na egzamin? Kiedy nawet pająk na suficie wydaje się znacznie bardziej interesujący niż sterta podręczników, a zapasy kawy jakimś cudem same znikają z szafek. Od jakiegoś czasu mam nad biurkiem Listę Grozy z wypisanymi wszelkimi czekającymi mnie „przyjemnościami” – i za każdym razem, kiedy mogę odhaczyć kolejne napisane kolokwium, odczuwam mściwą satysfakcję. 

Dla mnie sesja to też czas odkrywania, co ja właściwie studiuję (na niektóre wykłady po prostu nie da się chodzić, no nie da, a egzamin sam się nie zda i nagle trzeba się dowiedzieć, co się działo przez ostatni semestr…), chociaż czasami kierunki mi się zaczynają mieszać. Równoczesne uczenie się o zaburzeniach mowy (tudzież o „zaburzeniach programowania motorycznego aspektu wypowiedzi werbalnej”, bo przecież im więcej słów, tym lepsza zabawa, si?) i nazw wszystkich śmiesznych związków chemicznych na *mikrobiologię czy **biochemię, które często są na tyle trudne do wymówienia, że aż człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem sam nie ma jakiegoś zaburzenia, sprawia, hmm, pewien dysonans poznawczy. W tegorocznej sesji egzaminy ułożyły mi się tak cudownie, że mam trzy pod rząd, tego samego dnia. Ale grzecznie się na siebie nie nakładają. I teraz właśnie się zastanawiam, czy podchodzić do wszystkich hurtem (i przynajmniej w teorii dać sobie szansę na święty spokój potem), czy raczej odpuścić sobie wyczyny niemal akrobatyczne i od razu przerzucić jeden lub dwa na marzec. Sesyjne zagwozdki MISMaP-a, lawirującego pomiędzy psychologią i biotechnologią. Próbuję w sobie odszukać jakieś ukryte pokłady wytrwałości i samozaparcia, bo trochę smutek, że sesja w sumie jeszcze oficjalnie się nie rozpoczęła (póki co trwa sezon na kolokwia zaliczeniowe), a ja już nie mam motywacji – o, na przykład, żeby uczyć się na egzamin z Emocji i Motywacji. A że jeszcze w międzyczasie pojawiają się różne cudowne zaliczeniowe projekty do skończenia (najfajniejsze są te, których zasad zaliczenia nie znają sami prowadzący!), to UW staje się drugim domem w nieco za mało metaforycznym sensie – sobotnie kolokwia na Wydziale Biologii to już klasyk, ale pierwszy raz mi się zdarza spędzać niedziele na Wydziale Psychologii – i przemykać tymi ciemnymi pustymi korytarzami (budynek to była komenda SS, więc tak po zmroku, kiedy jest mało ludzi, panuje tam dość, ekhem, specyficzna atmosfera). Wolne weekendy są zatem dla frajerów, oczywiście uwielbiam nie mieć ani jednego dnia wolnego (który można by oczywiście poświęcić na naukę) i generalnie jest super! <Syndrom_Sztokholmski_ale_tylko_trochę>

* mikrobiologia to taki przedmiot, na którym hoduje się bakterie. Bakterie śmierdzą. Ale można je głaskać głaszczką! Co prawda nie przestają wtedy śmierdzieć, ale można użyć głaszczki, a głaszczki są super.
**Na biochemii nie ma bakterii, ale śmierdzą różne inne rzeczy. Ale nie tak bardzo, bo zazwyczaj dolewa się ich kilka mikrolitrów. Tylko niestety trzeba wiedzieć, czym jest mikrolitr i przeliczać go na wszystkie inne jednostki świata. I nie ma głaszczek, ale za to są różne inne maszyny, jak na przykład te, przez młodych adeptów biotechnologii zwane pieszczotliwie: mikroświrówka i bulbulator.

Powrót do żywych

Zniknęłam. Na długo. W zupełnie innej rzeczywistości. Ale powoli wracam! Przez ostatnie x tygodni zajmowałam się głównie przeżyciem i dopięciem do końca wyjątkowego projektu Europejskiego Parlamentu Młodzieży „Warsaw 2016 – Power Shifts Academic Forum”. A jako że byłam odpowiedzialna za logistykę, czyli wszystkie najbardziej widoczne elementy konferencji, takie jak hotele, jedzenie, sale, program wieczorny, transport, trochę też podział zadań między organizatorami, to zabawy, jak się domyślacie, było całkiem sporo. Szczególnie jakoś tak od połowy września poziom adrenaliny systematycznie rósł, kiedy pojawiały się kolejne komplikacje i coraz więcej rzeczy powinno być dogadanych „na wczoraj”. A z tym wiązało się coraz więcej zarwanych nocy, przypominanie sobie o dziwnych godzinach, że wypadałoby zjeść jakiś obiad, po wykorzystywanie do maksimum urzędowych godzin pracy na dzwonienie i odpisywanie na maile.

Ale moje mentalne ADHD i nienormalni przyjaciele nie pozwolili mi w spokoju dogorywać przed komputerem i telefonem (jak przystało na porządną sekretarkę) przez ostatnie tygodnie wakacji, w związku z tym musiałam nauczyć się pracy w trudnych warunkach. Mój mobilny sekretariat odwiedził zatem Budapeszt (nie powiem, nie powiem, tokaj systematycznie dolewany przez Natalkę i Laurę był całkiem niezłym sposobem przetrwania dziesiątków służbowych maili), podłogę w sztokholmskim hostelu (bo z Yodą nie mogłyśmy przecież nie kupić biletów lotniczych za 13 zł do Szwecji tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego, si? Skończyło się to tym, że musiałam jechać pociągiem prosto na pierwszą biochemię, ale ciii, było warto), czy znane już wam z poprzedniego odcinka okolice Zwierzyńca (hmm, omawianie atutów firm autokarowych w środku wąwozu lessowego tudzież na szlaku w Roztoczańskim Parku Narodowym było całkiem ciekawym doświadczeniem. Że nie wspomnę o rozmowach na temat wynajmu dronu w Warszawie.).  Generalnie ilość umiejętności, które musiałam zdobyć w przyspieszonym tempie, jeszcze nie przestała mnie samej zaskakiwać.

Jasne, są jakieś granice liczby zadań, którymi można się zajmować w danym momencie. Nie powiem, że przez pierwsze miesiące drugiego roku akademickiego zasłużyłam na tytuł Studenta Roku na którymkolwiek z moich kierunków (cóż, dopiero w zeszłym tygodniu dowiedziałam się, jak wygląda mój profesor od biochemii…), ale ogólnie jakoś udawało mi się łączenie obowiązkowych zajęć i miliona spotkań „biznesowych” – może czasami musiałam nieco lawirować, żeby wprost nie powiedzieć Bardzo Ważnemu Panu w Ministerstwie, że nie mogę teraz odebrać telefonu, bo właśnie piszę wejściówkę w laboratorium, ale poza tym wszystko ok 😉

Wspominam o spotkaniach biznesowych, bo pomimo wszelkich technologii i tak wiele rzeczy najprościej było ustalać „na żywo”. Co wiązało się w dużej mierze z koniecznością jeżdżenia po całej Warszawie i okolicach i omawiania każdego szczegółu z konkretnymi osobami. Twarzą w twarz. A wiele z tych szczegółów trzeba było wcześniej ustalać z innymi organizatorami – przegadać, które pomysły są najbardziej zwariowane, co jest możliwe do wykonania, a co lepiej sobie odpuścić, bo mamy za mało czasu/za dużo uczestników/miliony innych powodów. Dlatego właściwie ostatnie tygodnie przed rozpoczęciem wydarzenia właściwie codziennie kontaktowałam się z Andrzejem, głównym organizatorem, czy Sarą, Aśką, Domą, Mateuszem i Michałem, czyli pozostałymi „logistykami”. Hmm, właściwie to rozmawiałam z nimi znacznie częściej niż z własną rodziną, co oznaczało kontrolne telefony od Maman, czy ja na pewno jeszcze żyję, czy może już ostała im się tylko połowa potomstwa.

Ale tak bardzo było warto – już samo uczucie, kiedy prawie 150 osób z 30 krajów znalazło się w Warszawie, a konferencja oficjalnie się rozpoczęła, było niesamowite. Właściwie przez dłuższy czas nie mogłam uwierzyć, że jednak udało nam się wszystko dopiąć i ogarnąć, i to w naprawdę niezłym stylu (Weekendowa część integracyjna na zamku w Pułtusku? Obrady generalne i bal z okazji 10-lecia istnienia stowarzyszenia w Pałacu Kultury? Inauguracja konferencji w Ministerstwie Rozwoju? Profesjonalna sala widowiskowa z garderobami dla artystów w Służewskim Domu Kultury na Euroconcert? Cała masa innych miejsc w Warszawie? Proszę bardzo!). Ogromna praca wielu ludzi, przy wsparciu Fundacji innogy i Fundacji Schwarzkopf, zainicjowana przez Międzynarodowe Biuro Europejskiego Parlamentu Młodzieży w Berlinie.

Mam nadzieję, że chociaż trochę usprawiedliwiłam jesienne zniknięcie – właściwie mnie też trochę „zniknęły” ostatnie miesiące. Wiecie, jak dziwnie jest mieć czas uczyć się do kolokwium wcześniej niż w autobusie tuż przed? I to po przespaniu całkiem przyzwoitej liczby godzin!

Ale było warto. Mimo wszystko „Power Shifts” był dla mnie niesamowitą przygodą. Wyzwaniem, tak, jak najbardziej. Okazją, żeby sprawdzić się w całkowicie nowej roli – też. Przykrym obowiązkiem? Może chwilami, po kolejnych nocnych godzinach spędzonych nad różnymi wnioskami do wypełnienia. Niezłą zabawą – to chyba przede wszystkim. Absurdalność wielu sytuacji, głupawki ze zmęczenia, niemożliwe do opanowania, sarkastyczne docinki i takie poczucie, że siedzimy w tym razem i to od nas zależy efekt końcowy. Aż nabrałam ochoty na kolejne projekty 😉

Roztoczańskie roztocza

Drewniane schody, duużo schodów, kapliczki na wodzie i niebieskie Matki Boskie – to Roztocze. Trafiliśmy tam w sumie przypadkiem. Maman, po obejrzeniu kilkunastu portali z długoterminową prognozą pogody uroczyście oświadczyła, że 3 stopnie nad ranem w Bieszczadach plus deszcz ciągły to żadne wakacje i że za karę tam przecież nie pojedziemy. Rodzinna narada  (oczywiście dwa dni przed wyjazdem, bo planowanie urlopu, jakieś rezerwacje,  to wszystko jest dla frajerów, si?) „no to gdzie pojedziemy?”  była, ekhm, burzliwa – „może do Białowieży, bo chcę zobaczyć żubra”; „Sudety, tam nas jeszcze nie było”; „Beskid Niski, bo tam są górki do chodzenia”; „a może Roztocze, bo jak będzie padać, to pozwiedzamy okolice?”.

 

A więc na Roztocze. Nie padało, ominęły nas nawet straszliwe burze przechodzące – podobno – nad całą Polską, ale region i tak zaliczyliśmy. Stąd wnioski: drewniane schody były wszędzie, wiodły przez rezerwaty przyrody, do kamieniołomów, przez Roztoczański Park Narodowy nieopodal którego mieszkaliśmy, do kapliczek (licznych!) na wodzie. Zero dziczy, sama cywilizacja, a my w obowiązkowych butach do chodzenia po górach… A tam w sandałach na obcasie można chodzić, w japonkach!  Kapliczki na wodzie to chyba znak rozpoznawczy Roztocza; mam wrażenie, że one są tam wszędzie, no i każda związana jest z jakimś cudownym wydarzeniem. W niektórych to naprawdę nie mogliśmy się doliczyć, ile tych cudów tam w końcu było…

P1090349

 

W jednej z mijanych wsi zauroczyły nas błękitne kapliczki: wszystkie , ale to dosłownie wszystkie Matki Boskie pomalowane były na wściekły błękit. Nie to że niebieskie były ich sukienki, one były całe niebieskie, i twarze też miały niebieskie, i krucyfiksy nad figurami błękitnych madonn również. Delirium jakieś? Celowy zamysł artystyczny? A może po prostu ( i to wersja najbardziej prawdopodobna!) któremuś z mieszkańców zostało za dużo niebieskiej farby?

P1090477

Szlaki turystyczne na Roztoczu są dziwne – albo kilkukilometrowe, do przejścia w godzinę, góra dwie, albo 50-kilometrowe, wiodące przez cały prawie region, czyli nie wiadomo, dla kogo. No bo kto normalny zaliczy piechotą Roztocze w jeden dzień? A co potem? Musieliśmy więc nieźle kombinować, żeby wyznaczać codzienne trasy, a i często zmieniać je w trakcie.  Co miało swoje dobre strony, bo przypadkowo trafialiśmy w miejsca, których pewnie nigdy byśmy nie zobaczyli. Np. starych cmentarzy z grobami powstańców styczniowych („to ci kolesie w kamaszach od Grottgera” zauważyła inteligentnie Zuzanna)  albo  malowniczej miejscowości o nazwie Susiec. A droga do Suśca była taka, że (za każdym razem, a było tych razów wiele, bo Susiec stał się nieoczekiwanie dla nas centrum świata, prawie równie ważnym co Kutno^^)  byliśmy ciekawi, czy zostawimy na niej tylko fragment samochodu – oponkę, felgę, a może ciut podwozia?, czy może zostaniemy na niej na zawsze. Nie zostaliśmy, wróciliśmy. I tylko tych dzikich Bieszczadów żal.

Wiedeń!

Jaki jest największy problem z Wiedniem? Jest piękny. Wszędzie jest ładnie. Gdzie nie spojrzysz, tam ładnie. Przez tydzień wędrowania z Sonią udało nam się znaleźć tylko jeden brzydki budynek, ale właśnie był wyburzany – więc i tak punkt dla Wiednia. Tam nawet spalarnia śmieci przypomina dzieło sztuki nowoczesnej! I kosze na śmieci też.

20160807_143026

A wiecie, co jest jeszcze lepsze? To, że wiedeńczycy traktują te zabytki w sposób użytkowy – przykładowo piękny ratusz posłużył jako miejsce do zorganizowania Festiwalu Filmowego, gromadzącego każdego dnia masę ludzi.

Zasłonięto dużą część budynku ogromnym ekranem, a na placu postawiono liczne punkty gastronomiczne. Można powiedzieć, że plac przed ratuszem stał się salą kinową, a atmosfera festiwalu, dzięki temu właśnie miejscu, była niesamowita. Podobnie w Parku imienia Zygmunta Freuda, tuż obok kościoła Wotywnego, na seansach kina letniego gromadziły się tłumy – a po filmach od razu wkraczała ekipa sprzątająca, koło północy zbierająca puszki po piwie i papierki, żeby miasto od rana znowu zaskakiwało porządkiem.

Cóż – patrząc po cenach wstępów do muzeów i pałaców Austriacy zdecydowanie mają za co utrzymywać zabytki w dobrym stanie. Rozpieszczone darmowym dostępem do sztuki w Paryżu czy Londynie, byłyśmy z  Sonią w lekkim szoku, kiedy w niektórych miejscach musiałyśmy płacić jak dorośli (och nieee, to jeszcze za wcześnie!) albo niewiele mniej. Ale było warto, duchy przeszłości wędrowały z nami od pałacu do pałacu – księżniczka Sissi i Franciszek Józef,  na punkcie których w Wiedniu panuje generalnie obsesja, nie opuszczali nas na krok. Delektowałyśmy się atmosferą błogiego spokoju, hulajnogami na ulicach i dniem pracy trwającym od 10 do 18. I upałem.

20160806_121003

Poza przemierzaniem przeróżnych dzielnic i zakamarków Wiednia, zawędrowałyśmy też na wzgórze Kahlenberg. Skusiły nas zdjęcia w przewodnikach – i ostatniego wieczora przed odjazdem postanowiłyśmy tam dotrzeć.  I chyba nie był to tak do końca mądry pomysł. Dojazd w teorii prosty – tramwajem do końca, przesiadka i autobusem też do końca. Brzmi banalnie, ale… Ale nie przewidziałyśmy, że czasami autobusy postanawiają nie jechać do końca i że na jednym z przystanków mówią „auf wiedersehen”, a kierowca wyrzuca wszystkich na zakręcie, w lesie, przy znaku z przekreślonym znakiem „Wien”. Generalnie bez dokładniejszych informacji „ale o co chodzi?”. Wysiadłyśmy w tym lesie z głupimi minami i nie bardzo wiedziałyśmy, co robić dalej, bo robiło się coraz później, a my nie byłyśmy pewne, do której jeżdżą autobusy powrotne (podejrzewałyśmy, że za 20 euro to raczej całego Wiednia taksówką  nie przejedziemy…). Dlatego miałyśmy wizję nocnego powrotu (na piechotę!) przez te  wszystkie serpentyny. Ale przeważyło nastawienie: „Co? My nie dojedziemy?!” Poczekałyśmy zatem na kolejny autobus, licząc na to, że może jednak zdecyduje się dojechać do końca trasy. Okazało się, że też nie, ale za to dołączyła do nas całkiem sporo ludzi, w tym kilku Polaków – którzy uświadomili nas, że na wzgórze dojeżdża tylko co trzeci autobus. Logiczne, si?  Dobrze, że się nie poddałyśmy, bo widoki były niesamowite! Mogłyśmy pooglądać z góry wszystkie ulubione miejsca, pięknie podświetlone. Dodatkowo znalazłyśmy tam kościół prowadzony przez polskich księży Zmartwychwstańców – i nagle z tablic spojrzeli na nas Piłsudski, Sobieski i Jan Paweł II, wpędzając nas w pewną konsternację…

 

Wiedeń absolutnie skradł moje serce, chociaż tej piękności to aż za dużo było momentami. Ale zaczął mi się podobać niemiecki. Musiałam sobie ciągle przypominać, że ja przecież nienawidzę niemieckiego. Nie mam pojęcia, jak oni to robią, ale brzmiał ładnie. Bardzo ładnie. Zupełnie jak nie niemiecki. Podejrzane.

Survival

Robaki. Dużo robaków. O długich łacińskich nazwach, których musiałam się uczyć. Jakoś tak, nie wiedzieć czemu, zakładałam, że „zajęcia terenowe z biologii” będą chociaż w pewnym sensie relaksem. Człowiek pozbiera trochę kwiatków, pouczy się co nieco, a resztę dnia spędzi leżąc na plaży i upajając się pięknem mazurskich jezior. Hmm, nie wiem, czy mogłam się bardziej mylić…

Dramat był już na zebraniu organizacyjnym, kiedy okazało się, że zajęcia zaczynamy następnego dnia o 6:00. Rano. Bardzo rano. Żeby ptaszki oglądać przez lornetki. Tak jakbym ja w ogóle widziała cokolwiek o tej godzinie, nie mówiąc już o tropieniu różnych stworzeń. Niestety, prowadzący byli dość bezwzględni w tym zakresie, a i ze smutkiem muszę przyznać, że oglądanie zwierząt w terenie, na żywo, bardzo ułatwiało późniejszą naukę. Ale mimo wszystko, zajęcia od szóstej do dziewiętnastej-dwudziestej to trochę zgroza.

Prawie codziennie wyjście w teren, łapanie żywych zwierząt (to nie jest tak ekscytujące jak początkowo brzmi, chociaż chodzenie po rzece w woderach, czyli kaloszospodniach jest całkiem fajne!), potem żmudna praca z kluczem – oznaczanie robali połączone z zastanawianiem się, ile co ma nóżek, jakie ma skrzydełka, która para nóżek jest najdłuższa, jaki kształt mają czułki, czy występują włoski i cała masa innych szczegółów, których większa część społeczeństwa zdecydowanie wolałaby nie wiedzieć na temat stworzeń namiętnie rozgniatanych kapciami. Nie wspomnę nawet o takiej przyjemności jak oglądanie przez kilka godzin zakonserwowanych martwych pająków, którym poprzednie grupy w wirze pracy pourywały trochę kończyn – akurat tych, które były potrzebne do rozróżnienia Thomisidae od Philodromidae (dramat, n’est-ce pas?). A jeszcze to spoglądanie w liczne oczy pajęcze, ileż to dostarcza człowiekowi wrażeń! Skakuna pokochałam miłością wielką (bo go łatwo rozpoznać), natomiast cała reszta to spokojnie mogła się śnić po nocach.

Wydawałoby się, że w porównaniu z tymi wszystkimi robaczkami część poświęcona kręgowcom będzie miła i przyjemna. Prawie. Wszystko było dobrze, dopóki nie zaczęły się ryby. One wszystkie wyglądają dokładnie tak samo. Jak ryby. Typowe ryby. Dopiero przyglądanie się odległościom między płetwami albo porównywanie liczby łusek („bo muszą się państwo po prostu opatrzyć…”) daje szansę odgadnięcia, czym jest to coś, co pływa. Ale rozpoznawanie jak pływa to jedno, a odpowiadanie na podstawie zdjęcia to już zupełnie inna para kaloszy (a tak na marginesie, kalosze to bardzo przydatne obuwie, jak się okazałoJ).

Egzamin ze wszystkich części dotyczących zwierząt odbywał się w sobotni wieczór, na slajdach wyświetlano nam całą masę zdjęć i w ciągu kilkudziesięciu sekund trzeba było odgadnąć, co to jest, i często też odpowiedzieć na dodatkowe pytania. Czasu było na tyle mało, że generalnie zachodziła selekcja „wiesz-nie wiesz”, żadne tam „przypominanie sobie” nie wchodziło w grę. Każdą część zaliczaliśmy w innej sali, w mniejszych grupach, a prowadzący opracowali nawet specjalną trasę, żeby grupy nie miały szansy się spotkać (dlatego też nie było przerw, pisaliśmy test za testem). Nieco absurdalny był fakt, że ostateczne wyniki podano nam jakoś tak koło 22.00-23.00, a poprawka była następnego dnia rano – ale nawet nie było jak zrobić testu wcześniej w sobotę, bo w ciągu tygodnia  prawie nie mieliśmy czasu na naukę. Część próbowała w miarę systematycznie ogarniać poszczególne partie materiału, ale ostateczne zakuwanie to i tak piątkowy wieczór i sobota (brzmi jak idealny lipcowy weekend, prawda?).

A to tylko pierwszy tydzień, czyli część faunistyczna. Druga część wyjazdu była poświęcona roślinom. I chociaż „flora” uchodzi niby za prostszą, to ja jednak mam wrażenie, że pod pewnymi względami była bardziej wymagająca. Każdego dnia przed południem mieliśmy wyjścia w teren, bez względu na pogodę – co oznaczało wykłady w strugach deszczu na przykład na środku łąki. W czasie każdego wyjścia zbieraliśmy okazy charakterystyczne dla danego siedliska, próbując w miarę możliwości podpisywać je w biegu (taśma malarska to, wbrew pozorom, bardzo wielofunkcyjne narzędzie!). Na zaliczenie (czyli egzamin ustny, który trwał nawet do 2 godzin) trzeba było uzbierać „bukiet” z 80 gatunków (bukiet, który czasami niosło się w kilku wiadrach…), rozpoznawać te gatunki, nauczyć się opisu siedlisk i charakterystyk kilkunastu wybranych rodzin. To ostatnie było dla mnie najgorsze, bo za nic w świecie nie byłam w stanie przyswoić, ile co ma pręcików/słupków/owocolistków/działek czegoś tam, czy łodyga jest dęta, czy może kanciasta, ilu jest przedstawicieli na świecie, i innych tego typu informacji. Ale coś trzeba było wymyślić na bieżąco i nawet nie poszło tak źle.

W ciągu pierwszych dni po powrocie z „Flory i Fauny” funkcjonowałam jak zombie – próbując wykrzesać z siebie jakieś ukryte pokłady energii, niezużyte na zakuwanie setek informacji. Mimo to, same zajęcia były… fajne. Owszem, testowały pojemność mózgu w dość brutalny sposób, trzeba było się uczyć dużo, szybko i na pamięć.  Ale jednak teraz, jak idę na spacer, to mniej więcej wiem, co tu rośnie, a co lata. Rośliny, które dla mnie, jako mieszczucha, zawsze były po prostu zielskiem, zaczęły mieć swoje własne nazwy, które bez większego wysiłku przychodzą do głowy. A to ma jakiś taki urok – niby do niczego nieprzydatne, a jednak dobrze wiedzieć.

Kiedy na dobre dotarło do mnie, że teraz mam już wakacje, to uświadomiłam sobie, że w ciągu ostatnich miesięcy, kiedy ciągle „coś” było do zrobienia, nie miałam nawet czasu, żeby pomyśleć o jakichkolwiek wyjazdach. W związku z tym trzeba było coś postanowić spontanicznie – tata zgrabnie ujął moją naradę wyjazdową z S. – „wypiły po dwa piwa i stwierdziły, że jadą do Wiednia”.  Macie więc pewien ogląd, jak to wyglądało. Ale jedziemy!

Uciekłam

Uciekłam na wakacje. Po chyba najgorszych tygodniach pod względem liczby obowiązków, jakie kiedykolwiek miałam, po prostu uciekłam. Na 3 tygodnie odcinam się od cywilizacji, no może nie całkiem, ale jednak. 

Sesja letnia okazała się znacznie gorsza od zimowej, bo z nie do końca znanych mi przyczyn prawie wszystkie zaliczenia miałam wrzucone „seriami” – na przykład po 3 dziennie. W tym trzecie zazwyczaj wieczorem, a kolejne rano następnego dnia. Żyć nie umierać, n’est-ce pas? 

Przedmioty biologiczne okazały się znacznie bardziej pracochłonne – siadaliśmy grupami, tworzyliśmy internetowe konwersacje, wymieniając się notatkami i próbując cokolwiek zrozumieć z natłoku danych. Przed kolokwium z fizjologii zwierząt kuchnia Julki zamieniła się w naukowe centrum wszechświata, gdzie wykłócałyśmy się o różne szczegóły – a obłożone wszelkimi możliwymi podręcznikami, notatkami, skryptami z doświadczeń (najbardziej traumatyczne polegało na hodowaniu gąsienic – mieliśmy dyżury czyszczenia im pudełek i karmienia, omnomnom), a i tak dalej miałyśmy problemy z ustaleniem spójnej wersji wydarzeń… 

wiedza mnie pożera

Przed kolokwium z biologii komórki umierałam w samotności, świadoma swojej zerowej wiedzy w zakresie białek i innych magicznych procesów w skali mikro. Oczywiście skończyło się, jak zwykle, na robieniu wszystkiego poza nauką – było aż tak źle, że nawet poszłam biegać po parku, biorąc swoje lenistwo z zaskoczenia. Jakimś cudem udało mi się zdać “kolosa”, co wiązało się z przystąpieniem do egzaminu – na którym były już tylko pytania opisowe, gdzie trzeba było porównywać dużo różnych rzeczy z innymi rzeczami i krok po kroku charakteryzować całe procesy. Całe mieszkanie miałam w notatkach, a nutella na depresję to już szła słoikami.

Sesjo zgiń

Egzaminy na psychologii były zdecydowanie mniej traumatyczne, a i oceny jakoś lepsze – albo to mój zaniedbywany ostatnio wewnętrzny humanista się odezwał, albo to znak, że czas się przekwalifikować.  Najgorsza była psychologia procesów poznawczych, bo dalej nie wiem, co to jest. A akurat przed tym egzaminem miałam nieprzyzwoicie dużo czasu na przygotowania i wypadałoby się dowiedzieć. Ale jak ogarnąć przedmiot, z którego obowiązkowa literatura ma rozdziały zatytułowane: “wiedza” i “myślenie”? 

Sesyjne przygody jeszcze (niestety) nie są zakończone – od niedzieli 2 tygodnie Flory i Fauny, czyli szalonych zajęć terenowych na Mazurach z tropieniem robaczków i układaniem bukietu na ocenę – obowiązkowe wyposażenie to kalosze, co jakoś wyjątkowo mnie bawi.

No i jeszcze kampania wrześniowa przede mną – i to z mojej ulubionej genetyki, czyli czym się kończy próba regularnej nauki w przypadku Zuzanny: zamiast prawidłowego “dzień przed” (albo ekstremalnego “3 godziny przed” jak miałam ze statystyką, czyli przedmiotem, którego prowadzącego zobaczyłam w dniu egzaminu po raz pierwszy). Genetyczną porażkę poniosłam całkowicie, bo, swoim zwyczajem, przekombinowałam w najprostszych zadaniach (zadania ABCD są bezlitosne), a te trudniejsze, jak się okazało, poszły mi całkiem nieźle. W każdym razie cieszę się, że nie jest to poprawka na przykład z procesów poznawczych, bo jeszcze bym się, nie daj Boże, dowiedziała, co to jest…

Biolodzy bardzo

Czy studentom i naukowcom w czasie długiego weekendu trzeba czegoś więcej niż relaksu na Mazurach połączonego z elementami ciężkiej pracy umysłowej i dyskusji? W każdym razie na tym koncentrowało się majówkowe Sympozjum Kół Naukowych Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie działy się różne cuda – mniej lub bardziej biologiczne.

Pierwszy zachwyt był jeszcze w taksówkach, w drodze do Pilch – niebo. Nocne mazurskie niebo. Absolutnie niesamowita ilość gwiazd, na którą wszystkie mieszczuchy zgodnie się wytrzeszczyły. Po drugie – sama Stacja Hydrobiologiczna, w której pokoje były rozmieszczone w ciekawy sposób z uwzględnieniem różnych skosów dachu. Zwłaszcza jedne schody były bardzo, bardzo ryzykowne, niebezpieczne dla osób, hmm, z pewnymi problemami J – pionowe i właściwie bez barierek, czyli gwarantujące moc wrażeń. Ciąg dalszy przygód w niektórych pokojach – ja na przykład spałam na piętrowym łóżku. Bez drabinki. I bez barierki. Wspinaczka na wuefie nie była wcale takim głupim pomysłem, si? Dziwnym trafem nie doznałam większych obrażeń, ale z racji utrudnionego włażenia i złażenia, zazwyczaj jak w końcu tam się wdrapałam, to już nie chciało mi się znosić różnych rzeczy na dół. I dlatego właśnie O. przeżyła mikrozawał, kiedy w środku nocy zaatakowały ją z lotu ptaka moje notatki do seminarium. W sumie dobrze, że nie pisałam referatu na komputerze, bo laptop Seweryn mógłby ją mocno ukszodzć. Z nauką to jednak trzeba uważać, nie ma co.

A wokół nauki właśnie kręciło się wszystko, włącznie z pieskami profesorów, które radośnie wpadały na nasze seminaria i biegały slalomem wśród publiczności. Tematy seminaryjne były bardzo różnorodne – od ekscytacji euglenami po skaczące transpozony, neurony lustrzane, komórkowy i ludzki kanibalizm i walkę z rakiem – łącznie 16 studenckich prezentacji. Wydrukowane opisy liczące 25 stron nosiły dumną nazwę „Księgi abstraktów”, z czego ukradkiem podśmiewali się profesorowie. Wyrozumiale przyjęto seminaria studentów z pierwszego i drugiego roku – na zasadzie: „jak dobrze, że wcześnie zaczynacie”. Prezentacje związane z własnymi badaniami, te do prac licencjackich i magisterskich, zbierały już znacznie więcej krytycznych, merytorycznych uwag.

Ogólnie strasznie fajnie było zobaczyć grono naukowców i wykładowców w tak wyjątkowych okolicznościach przyrody – chociaż na chwilę bez stresu, bez kolokwiów, wejściówek i wizji zbliżających się egzaminów. Anegdoty przy ognisku czy w przywabiającej wszystkich kuchni były tak różne od pogadanek w laboratoriach, że chyba przez to nawet bardziej zachęcały do zagłębiania się w ciekawostki genetyczne i fizjologiczne na własną rękę. Nawet dzieci profesorów wpasowały się w naukowy klimat i wieczorami grały zawzięcie w „Ewolucję”, zmieniając losy świata.

Nie zabrakło też wrażeń terenowych – otóż zaliczyłam najdłuższą wycieczkę na obiad w życiu. Wybraliśmy się kilka wsi dalej do zajazdu/restauracji/czegoś, gdzie można zjeść coś więcej poza zupkami chińskimi, którymi żywiliśmy się przez większość czasu. W jedną stronę szliśmy jakąś cywilizowaną wiejską drogą, z krótkim leśnym akcentem, wygrzewając się mile na słoneczku. Ale jak to tak – wracać tą samą drogą?! Przecież życie nie może być takie proste! Ktoś wskazał alternatywną trasę, która pewnie byłaby całkiem przyjemna. No, gdyby w ogóle istniała. Gdyby istniała w rzeczywistości, a nie tylko w nawigacji. Bo oto zgubiliśmy się w środku lasu, tylko że zgubiliśmy się, jak przystało na XXI wiek – z telefonami łapiącymi wyjątkowo dobry zasięg internetu, dokładną lokalizacją na mapie (i działającym Snapchatem, umożliwiającym dokumentowanie przygód) , ale za to bez drogi. Błąkaliśmy się komuś po polu, skacząc przez rowy melioracyjne, przełażąc po zwalonych pniach i brodząc po pas w trzcinie. Ktoś prawie zaliczył bliskie spotkanie z dzikiem, ktoś niemal utopił trampka w błocie, a wszyscy bacznie oglądali się na okoliczność wielkich mazurskich stad kleszczy.

W każdym razie dobrym podsumowaniem wyjazdowych absurdów jest podróż powrotna, kiedy to taksówkarz nie usłyszał, że „do zapłacenia potrzebujemy kwitu”, tylko „poprosimy do Kwiku” – miejscowości leżącej nieopodal, niestety w zupełnie inną stronę niż dworzec autobusowy…

 

Ech

Ech, tym razem faktycznie zniknęłam na dłużej, ale niestety – doba ma tylko 24 godziny i ostatnio bardzo dotkliwie odczuwam tego konsekwencje. Ale dalej podoba mi się moje warszawskie życie w biegu – nawet przestałam już właściwie zwracać uwagę na te pędzące w różne strony tłumy – w metrze nauczyłam się stawać po odpowiedniej stronie schodów, żeby nie zostać staranowaną, do Kolei Mazowieckich i Szybkiej Kolei Miejskiej mistrzowsko wskakuję na sekundy przed odjazdem, a bieganie na przystanki autobusowe to taki już w sumie poranny trening. I tak po prawdzie jedyny sportowy akcent, bo wybór wuefu w piątek był wyjątkowo złą decyzją, zwłaszcza że wcześniej mam tylko wykłady. I regularnie przegrywam z syndromem „jeszcze pięć minut”…

 

 

Z ciekawych akcentów to w tak zwanym międzyczasie przeżyłam wiele dziwnych rzeczy, o których postaram się w najbliższych dniach Wam trochę więcej opowiedzieć. W każdym razie przetrwałam majówkę z biologiami w mazurskiej głuszy („My tu nie stoimy tak bez sensu od 15 minut – proszę, tam stoi bocian. Patrzymy na bociana. Możecie popatrzeć z nami.”), miałam swoje seminarium na kole naukowym (i mimo że mówiłam o śnie, to chyba nikt nie zasnął!), przetrwałam Piknik Naukowy na Stadionie Narodowym (stojąc w fartuchu w wielkim upale i powtarzając po tysiąc razy anegdotki o wpływie kofeiny na organizm), biernie uczestniczyłam w konferencji naukowej, kłóciłam się o historię psychologii w komunikacji miejskiej, oglądałam Jandę na żywo (siedząc przypadkiem w jednym z pierwszych rzędów), dyskutowałam zawzięcie o ewolucji emocji u naczelnych na wystawie fotografii Pawła Bogumiła, nauczyłam się robić origami z moim podopiecznym z Akademii Przyszłości, udało mi się uniknąć zdeptania przez skaczących ludzi w glanach podczas Juwenaliów, próbowałam gadać po hiszpańsku z Meksykanką podczas kilkutygodniowego kursu konwersacyjnego, napisałam stertę wejściówek i kolokwiów. Teraz szykuję się na sesję letnią, podczas której mam do napisania jakąś zupełnie absurdalną ilość egzaminów (i dlatego nawet nie chce mi się o tym myśleć).

 

 

Ale, jak widzicie, nie obijałam się – tylko zbierałam inspiracje, żeby teraz to jakoś ubrać w słowa, wybierając fragmenty z szalonego kłębu wspomnień 😉

Pawie sączki i inne atrakcje

UW stawia przed swoimi studentami różnorodne wyzwania – od liczenia oddechów traszki, przez przygotowywanie warsztatów psychologicznych dla grup i samodzielne wykonywanie sączków karbowanych z arkusza bibuły, aż po przebijanie się przez setki stron szalonych podręczników, których autorzy stworzyli tak wyrafinowane metafory jak „szerzące się rozszerzenia” czy inne „Diabelskie Doły”. Zdecydowanie największym wyzwaniem dla mnie są zajęcia z chemii organicznej, bynajmniej jednak nie ze względu na samą chemię. Przerasta mnie bowiem laboratorium. Przypomina mi bardzo salę eliksirów z Harry’ego Pottera, bo ciągle tam coś strzela, bulgocze i wygląda tak, jakby od bardzo wielu lat było zachowywane w stanie niezmienionym. I wszystko trzeba tam składać z oddzielnych elementów. I przydaje się umiejętność obsługi śrubek i wkrętek. I nie-tłuczenia szklanych części. Już na pierwszych zajęciach musiałam chyba wyglądać na bardzo zagubioną, bo z taką trwogą wpatrywałam się w instrukcję eksperymentu (swoją drogą – instrukcję destylacji etanolu ;> ), że prowadzący z gromkim okrzykiem „Co to za medytowanie! Do pracy się wziąć!” osobiście poskręcał mi zestaw małego chemika. Niestety, na kolejnych zajęciach wcale nie było lepiej. Tym razem wyzwanie stanowiło nie tylko skręcanie aparatury (znowu nie udało mi się tego zrobić samodzielnie, przy moich zdolnościach manualnych potrzebowałabym do tego przynajmniej tylu rączek, ile ma ośmiornica), ale także przygotowanie „sączka karbowanego”. Który robiłam już wcześniej, ale zazwyczaj to z takiego już wcześniej przygotowanego sączka, który trzeba było tylko odpowiednio pozwijać. A teraz poprzeczka poszła o szczebel wyżej – bibuła była w formie dużego arkusza i trzeba było wysilić się bardziej niż na szkolnych zajęciach plastyczno-technicznych. Kiedy już wycięłam mniej lub bardziej jajowaty kształt (tzw. „koło”), to jednak sam proces zwijania całkiem mnie przerósł.

Prowadząca: Nie, proszę pani, to nie tak. Tu jest oś symetrii i według tej osi promieniście mają się układać zagięcia.

Zuzanna: ??

Prowadząca: Promieniście. No, jak wachlarz!

Zuzanna: <coś tam zawija, jak świstak w sreberka>

Prowadząca: <zaczyna się śmiać> Czy widziała pani kiedyś wachlarz? Czy składała go pani?

Zuzanna: <już trochę głupawka> Nie??

Prowadząca: <też głupawka> A czy pawia pani widziała? W Łazienkach? Z rozłożonym ogonem?

Koniec końców moja bibuła była tak pozaginana we wszystkie strony świata, że nie przypominała ani wachlarza, ani pawiego ogona. Sączka karbowanego niestety też nie, ale jakoś się udało. Doświadczenie znaczy.

 

Na genetyce niestety skończyliśmy już igraszki z muchami, teraz już poważna praca z różnymi obliczeniami. Ale za to na fizjologii mogę się chociaż trochę jak mądry naukowiec poczuć grzebiąc w świńskim sercu i robiąc przysiady w celach naukowych. Ostatnio też prowadząca wysyłała studentów na papierosa i kawę w czasie zajęć, również w celach naukowych – jak widzicie studia nie muszą być wcale aż takie ciężkie 😉

Muchy w butelkach

Drugi semestr ruszył pełną parą  – zdążyłam się już zakochać w ćwiczeniach z genetyki (teoretycznie są to zajęcia dla 2. roku, ale jako MISMaP, czyli student międzywydziałowy, mogę sobie trochę poodwracać kolejność  –  i wzięłam w tym roku genetykę zamiast fizyki i informatyki, przedmioty ścisłe takie „niekochane”). Robiłam w butelce orgię seksualną muszkom owocówkom! I uczyłam się odróżniać panie muchy od panów muchów po paskach na odwłoku! I dowiedziałam się, że martwe muchy mają rozłożone skrzydełka, a uśpione złożone! W ogóle śmieszne są te wszystkie muchy, jakoś tak nagle zaczęłam do nich odczuwać niczym nie uzasadnioną sympatię. Przerzucanie ich z jednego słoika do drugiego ma bowiem swój urok, a patrzenie im głęboko w oczy (żeby określić rodzaj mutacji) wprowadza nawet taki dość romantyczny nastrój… Muchy górą!
Ze wstępnych ćwiczeń z fizjologii zwierząt zapamiętałam głównie to, że prawdopodobnie będziemy gonić po laboratorium uciekające króliki – i miałam w oczach taką Alicję w Krainie Czarów, że aż zaczęłam się nad sobą poważnie zastanawiać. Reszta ekscytowała się raczej tym, że będziemy je gonić, żeby im krew pobrać, ale mnie ta część już zdecydowanie mniej się podobała od samego gonienia.
W każdym razie w tym semestrze jeszcze bardziej będę lawirować między różnymi dziwnymi przedmiotami – niestety, nie udało mi się wcisnąć w mój napięty harmonogram zajęć z Ekologii Teatru, mojego dotychczasowego faworyta w zakresie „dziwności” (jak na ostatnich zajęciach warsztatowych musiałam tańczyć i śpiewać udając osła, to stwierdziłam, że jestem jednak za mało artystycznie uzdolniona jak na Artes Liberales czyli Wydział Sztuk Wyzwolonych), ale za to mam teraz fakultet na psychologii o wybitnie dumnej nazwie : „Adolescencja jako przejście od dzieciństwa do dorosłości”– przeczytajcie to sobie najbardziej patetycznym i pełnym godności tonem, jaki jesteście w stanie z siebie wydobyć, i zrozumiecie wtedy, dlaczego prowadząca wybrała taką nazwę zamiast jakiegoś prostackiego „O nastolatkach”.
I niestety, na większość wykładów wypada teraz chodzić, bo w semestrze zimowym to cóż… matematyka o ósmej rano? W formie prezentacji multimedialnej?! Wykład z chemii ogólnej w formie najnudniejszej prezentacji multimedialnej wrzucanej zresztą regularnie na stronę internetową? Hmm… Nie. Kategoryczne nie. Ale już na chemii organicznej prowadzący jedną ręką pisze coś na tablicy, a drugą wyciera to, co napisał. Gąbki brak. Z racji zabójczej dla studentów pory wykładu oczywiście się spóźniłam, a że chciałam być taktowna, więc usiadłam w ostatnim rzędzie. W związku z tym ani niczego nie widziałam (białe wzory na białym tle jakoś nie chciały kontrastować), ani nie słyszałam (jak profesor jedną ręką pisał, a drugą wycierał, to już trzeciej na mikrofon brakowało…), ale od znajomych spod tablicy dowiedziałam się, że ogólnie wykład był raczej ciekawy 😀