platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Trojany i mowa ciała

Nowe technologie zdecydowanie mnie ostatnio nie lubią, ale postanowiłam się tym nie przejmować. Chociaż wcięło mi w dziwny sposób zdjęcia ze wszystkich możliwych wyjazdów itd., które siedziały sobie grzecznie na dysku przenośnym. Znaczy siedziały, dopóki nie zniknęły, a zniknęły prawdopodobnie dzięki kilku dorodnym trojanom, które ktoś tam sprowadził. Nad magią tego zjawiska nie chce mi się zastanawiać, przynajmniej projekt na geografię mogę odłożyć na czas bliżej nieokreślony.

 

Majowe nieogarnianie świata uważam za rozpoczęte: nie ma to jak przez 45 minut siedzieć pod salą, w której odbywa się lekcja, czyli kultowa łacina roku. Dzwonki w szkole są wyłączone na czas matur, co delikatnie mówiąc, dezorganizuje zajęcia reszcie szkoły, nie żeby do komuś przeszkadzało, oczywiście. Sale też nam nikczemnie pozamieniali, czyli nikt już nie wie, co się dzieje, i to jeszcze bardziej niż zwykle (wszystko jest możliwe!). Dziesięć osób czekało sobie pod salą i nikomu nie przyszło do głowy nacisnąć klamki, żeby sprawdzić, gdzie się podziała pozostała trzynastka. Noo, 20 minut przed końcem lekcji okazało się, że część siedzi w sali, a część pod salą, o czym doskonale wiedziała nauczycielka. Ale się z tym nie zdradziła i chyba ostatecznie przestała mieć dobre zdanie na temat kojarzenia świata przez gimnazjalistów. Taaak…

 

Tak pomiędzy rozwalaniem różnych rzeczy komputerowych i leniwym błąkaniem się po szkole z nieprzytomnym wyrazem oblicza (dzięki wspaniałemu rozplanowaniu roku szkolnego nie ma już po co chodzić na lekcje, bo albo rozwiązujemy krzyżówki albo są projekty na dodatkowe oceny, których nikomu nie chce się słuchać) muszę ratować swoją frekwencję na spotkaniach do bierzmowania. Ale już nie jestem najbardziej niezorientowaną osobą (siedzenie koło dziewczęcia, które nie rozstaje się z notatnikiem okazało się bardzo pożyteczne, chociaż dalej nie wiem, dlaczego ubzdurałam sobie, że ona ma na imię Rycheza…). Ba, nawet ksiądz D. ostatnio zapamiętał, kim jestem, przydzieliwszy mi uprzednio niezwykle istotną funkcję dziękowania różnym ludziom (także nauczycielom i dyrekcji z gimnazjum rejonowego, których nigdy w życiu nie widziałam, więc zacnie. Ktoś mi chyba palcem będzie musiał pokazać kto jest kim). Przygotowania idą pełną parą, miesiąc przed uroczystością (którą, zgodnie z moim szczęściem, mam tego samego dnia i prawie o tej samej porze co bal gimnazjalny <3), tylko żeby jeszcze działo się tam coś sensownego. Mowę ciała wstajemy-siadamy-podchodzimy raczej już wszyscy zrozumieli za pierwszym razem, ale siedem następnych powtórzeń oczywiście było niezbędnych. Wszystkie kwestie muszą być powtórzone 77 razy, żeby było równo, dostatecznie głośno i z zaangażowaniem. A niechaj by ktoś wszedł do ławki ze złej strony, to po prostu: Wyrzucę! (czyli ulubiony zwrot księdza przygotowującego). Ja się może nie będę wyrywać, i tak na połowie tych spotkań nie byłam z racji kończenia szkoły o dziwnych godzinach i dodatkowego angielskiego. Teraz muszę zbierać podpisiki i piecząteczki. Podpis na wagę złota! Jak już ksiądz D. zostanie papieżem, opchnę mój magiczny notesik na Allegro!

 

Hmm, ciekawe, czy będę miała w tym tygodniu jakąś normalną lekcję? I po co rok szkolny trwa do końca czerwca, skoro wszystkie podręczniki trzeba było przerobić do egzaminu? Absurdy, absurdy. I nonsens. A jak nonsens, to Alicja – soundtrack z Almost Alice, od którego się już uzależniłam:YouTube Preview Image

 

Miłego rozwiązywania łamigłówek matematycznych. A co niektórym Zielonej Szkoły, bo Sportowa jedzie sobie do Łeby, cwaniaki ;)

 

 

Me gusta majówka

No! Koniec powtórek, odliczania i ciągłego powtarzania „nic nie umiecie”. Egzaminacyjne combo przeminęło z wiatrem, nareszcie można odpocząć. I ta pogoda! Całą sobotę spędziłam wygrzewając się nad jeziorem i wystawiając skórę na niszczące (acz niezwykle przyjemne) działanie promieni UV. Hebanowo czarna jeszcze nie jestem, ale zmierza ku dobremu. No dobra, ciągle jeszcze bardziej wygląd Edwarda niż Jacoba (z pominięciem tony make-upu), ale to dopiero początek!

 

Kiedy mózg mi zaczynał parować, owijałam się z książką wokół drzewa i udawałam koalę, a kiedy i to nie pomagało, to właziłam fragmentarycznie to jeziora. W kwietniu. I normalnie było mi ciepło. Cieplej niż latem w Jezioraku, kiedy to z Sierotką postanowiłyśmy być hardkorami i wlazłyśmy do wody umyć włosy, gdy temperatura wynosiła raczej małoo stopni. I się na nas wszyscy dziwnie patrzyli, ale co tam! Potem przez trzy godziny próbowałyśmy ogrzać się do 36,6 .

Tak mnie jakoś wakacyjnie już bierze. Chcę już w dzicz, taką porządną, gdzieś w lesie, w jeziorze, w rzece, już mnie te kajaki kuszą coraz bardziej. Namiot zawsze spoko, Agnieszka, szykuj się na schizy przez dwa tygodnie (ale bez naszych matematycznych mistrzów słowotwórstwa z VI LO to już nie będzie to samo! Jak to było? Zawspiąższ się i gwiazdaż?). Optymizm forever, ale wolałabym jednak, żeby nie było minus pięć.

 

Na razie majowe lenistwo, pierwszy tydzień cały wolny, drugi jakiś taki w kratkę. W ramach rozpoczęcia świętowania z Małą Wredną poszłyśmy w piątek stylizować się na amerykańskie przyjaciółki na shoppingu. Słitaśne plany pokrzyżowało nam licznie obecnie w Focusie grono pedagogiczne z Jedynki, bo dostałyśmy głupawki i się zataczałyśmy po hallu. Chciałyśmy sobie znaleźć jakieś sukienki, miałyśmy ambitny plan stania się kobietami eleganckimi, ale oczywiście cały świat sprzysiągł się przeciwko nam. Byłam tylko bardzo wdzięczna, że mój polonista nie słyszał naszych dialogów, kipiących erudycją, naturalement, zwłaszcza, kiedy chwiałam się ryzykownie na jakiś przerażająco niewygodnych koturnach, dociekając głośno: Jak oceniasz stan mojego sieroctwa w skali od jeden do siedem? Jedenaście? Dziewiętnaście?

We wszystko zwątpiłam dopiero, kiedy z samochodu pomachała nam radośnie pani wicedyrektor. Jako że była to godzina 13.40, a my nie byłyśmy już w szkole, co jak na nasze gimnazjum jest zdecydowanie ewenementem, musiałyśmy się trzy razy zastanowić, czy aby na pewno jesteśmy oficjalnie zwolnione, z racji skróconych zajęć. Bo ta radość w jej oczach była podejrzana.

Pomijając jednak fakt, że po Focusie plątało się dużo różnych pedagogów, a myśmy się zataczały, to ogólnie prawie żeśmy znalazły sukienki. Prawie, bo w końcu kupiłam sobie inną, ale i tak się liczy. Jeszcze trochę potrenujemy i będziemy miały nasz sweet american dream, Wredna, zobaczysz! Ten motyw z identycznymi sukienkami byłby dobry (gdyby nie to, że żadna nie mogła się dopiąć – marchewkowa dieto witaj?), to tylko ta rozmiarówka nas nie kochała.

 

W ramach sentymentalnych wspomnień, nie mogłam się oprzeć:(Nie) Święta Trójca

To zdjęcie jest takie stare, a tak mi się ciągle podoba! Sierotka i przemoc, Mała Wredna wisi, się szczerzy (i ciągle jeszcze jest mała), a mi rozwiewa pseudoloczki pod dziwnym kątem. Podstawówka zawsze spoko!

 

A teraz jeszcze mam remont w domu, czyli mieszkam razem z dużą częścią wyposażenia pokoju mojego kwintesencyjnego brata, który pojechał sobie na Bałkany na stopa, na jakieś mistrzostwa autostopowiczów. I nawet dojechał! Tylko jeszcze nie wrócił, więc nie wiadomo, czy w końcu nie wjechał na jakąś bombę, o czym ciągle gadał przed wyjazdem.

 

No nic, idę kontynuować moją misję „skóra niczym Jacob”. Howgh!

 

Egzaminy

Niech żyje matura gimnazjalna: trzy dni, sześć egzaminów, duuużo przedmiotów! Wczoraj humanistyczne, dzisiaj matematyczno-przyrodnicze, jutro angielski razy dwa.

Weekend spędziłam z kultowym dziełem o niewątpliwej wartości artystycznej i naukowej: „Śladami przeszłości” – bestseller w trzech tomach (który chętnie bym już spopieliła i zakopała, gdybym tylko mogła rozpalić ognisko na podwórku). W zeszłym tygodniu próbne testy ze wspaniałego przedmiotu zwanego historią uświadomiły mi moją niewiedzę, ekhem raczej daleko posuniętą, więc się zaparłam i przebrnęłam przez te śmiertelnie nudne podręczniki. Jestem z siebie dumna, chociaż przydało mi się to może do trzech, czterech zadań. Reszta, na szczęście, polegała na przeczytaniu tekstu, w którym wszystko było czarno na białym, albo na porównaniu map. Co prawda wysłałam nie tego Ottona co trzeba na zjazd gnieźnieński, bo mi się pomyliły ich numerki, ale co tam. Chronologia jak zawsze koszmar, mój mózg odmawia przyswojenia kolejności wydarzeń, nie mówiąc już o datach. Konstantynopol moim zdaniem Turcy opanowali jakieś 100 lat później niż to faktycznie było, a Magellan „kiedyś” opłynął Ziemię. Ale coś podejrzanie za łatwy był ten egzamin. W jednym z zadań trzeba było na przykład określić, czy budowle na rysunkach są charakterystyczne dla cywilizacji greckiej czy rzymskiej. Wszystko fajnie, pod jednym z obrazków było nawet źródło: romanorumhistoricus.pl

 

Z polskim to samo, tak straszyli wszyscy, że trzeba lektury znać na wyrywki, a tam nie dość, że tekst wydrukowany, to jeszcze CKE podaje, że w jednym z zadań był błąd i uznają dwie odpowiedzi. No z całym szacunkiem, ale kto układał ten test, że pytania są niesprawdzone? Egzaminatorzy chcieli chyba udowodnić, jaka to nowa podstawa jest wspaniała i jacy to gimnazjaliści są zdolni, że tak im dobrze poszło. Te zadania sprawdzały chyba głównie to, czy polscy 15 i 16-latkowie umieją czytać w języku ojczystym. Bo wiele więcej nie wymagano.

 

Gorzej może być z rozprawką (czy ja już mówiłam, jak ja nienawidzę rozprawek? To jest taka bezsensowna forma wypowiedzi – ani nikomu jej się nie chce pisać, ani nikomu nie chce jej się sprawdzać. To dlaczego ciągle pojawia się na testach?). Jak rozmawialiśmy po napisaniu egzaminu z języka polskiego, 100% przyznało się do argumentu z „Krzyżakami”. Chyba zaczynam współczuć sprawdzającym, chociaż sami chcieli. To się samo nasuwa! Jak chcieli mieć różnorodność, to nie powinni dawać tematu: Literatura pozwala lepiej poznać i zrozumieć minione wieki. No o czym, jak nie o Zbyszku z Bogdańca, na którym nasz polonista wyżywał się przez ostatni miesiąc? I tak pewnie dostanę maksymalnie połowę punktów, bo wykorzystałam w argumentacji esej i mikropowieść Sapkowskiego, których nie ma w spisie lektur. Sapkowski to od razu skojarzenie fantastyka, fantastyka to złe źródło wiedzy historycznej. Ja to wszystko wiem, ale jakoś pojedynki rycerskie bardziej mi się kojarzą ze „Światem Króla Artura” niż z tym młodym z Bogdańca. Oczywiście nie mogłam się powstrzymać i napisałam cały akapit o Sapkowskim, czyli żegnaj maksie z polskiego. Chyba nawet miłość do ojczyzny po „Panu Tadeuszu” (dobra ściema nie jest zła!) mnie nie uratuje.

 

Części ścisłej nie pisałam, spałam sobie smacznie, ale w ramach uczniowskiej solidarności i hmm… umiarkowanej ciekawości, zajrzałam sobie do arkusza. Chemia?! Ja chyba nie lubię fenoloftaleiny, nie wiem, może jakiś uraz z dzieciństwa, ale ona mi po prostu działa na nerwy. Za wodą bromową też nie przepadam. I bardzo nie chcę wiedzieć, jaka ciecz wrze i pryska po wydzieleniu się znacznych ilości ciepła. Charakterystyka węglowodorów? Może jeszcze rozprawka z tlenków? A idźcie mi z tym, muszę chyba jeszcze przemyśleć ten biol-chem w liceum.

 

Z fizyką lepiej, oj znacznie lepiej, chociaż nie podejrzewałam moich nożyczek o siłę tnącą, a już na pewno nie przyszłoby mi do głowy porównywać jej z siłą nacisku ręki. Oprócz tego soczewki, które akurat musiałam niedawno zaliczać, podstawowe wzory na moc i gęstość oraz obwód prądu. Me gusta.

 

Na geografii był Trzęsacz, czyli wspomnień czar, byłam tam w podstawówce na takim śmiertelnie nudnym wykładzie… Mniejsza. Ogólnie, jeżeli chodzi o kierunki świata to wyznaję zasadę, że „jak nie w to lewo, to w to drugie”, ale chyba bym podołała tej mapce. Poziomice są spoko, bo nie trzeba dużo liczyć, tylko palcem jechać po liniach, żeby się nie zgubić. Nie lubię górowania słońca, więc nie będę się nad nim zastanawiać skoro nie muszę. Przyrost naturalny rządzi, rozwój gospodarczy też ujdzie. Myślę, że z geo mogło być gorzej.

 

Jestem tak biologicznie spaczona, że tę krzyżówkę genetyczną mogłabym zrobić z zamkniętymi oczami w kolorze brązowym. Los roślinożernej myszy i krwiopijnych pcheł wzruszył mnie niezmiernie, jednokomórkowe glony takoż.

 

Hmm jutro angielski… Powinnam dostać order za zasługi, bo uwaga – wyjęłam podręcznik! Co prawda o 23.22 dzień przed egzaminem, niezwykle wprost przejęta, ale ważne są chęci. Nie miał zbyt interesującej okładki, więc go schowałam, ale fakt powinien zostać odnotowany. Powodzenia jeszcze jutro!

Przygotowania?

 

 

Jak sobie pomyślę, że już za niecałe dwa tygodnie będę miała spokój z tymi wszystkimi egzaminami (oraz, chyba nawet gorszym, przygotowaniem do egzaminów) do mi się od razu życie jakoś bardziej podoba. Noo, ale najpierw trzeba przetrwać ten très seksowny tydzień. Geografia, angielski, biologia, fizyka, matematyka – z każdego po pracy klasowej (czyli wersja maksymalnie trzy sprawdziany w tygodniu w wykonaniu mojej szkoły^^). Miłe słowa otuchy od naszej historyczki też zrobiły swoje „Jak wy napiszecie dobrze ten egzamin, to będzie cud!” Aż się normalnie przejęłam. No dobra, praaawie się przejęłam. Ale liczą się intencje, nie?
Właśnie, jutro jeszcze próbny egzamin z WOS-u i historii, który wszyscy uparcie nazywają maturą. Nawet nie „małą maturą” (jak pisała pani kurator w liście do gimnazjalistów), ale po prostu i nauczyciele i dyrekcja mają nas za maturzystów. Co się będą rozdrabniać.

 

W piątek przedstawialiśmy w szkole nasz wielkiej urody projekt edukacyjny, czyli mennonici rlz. Dalej nie wiem, czemu to miało służyć – w komisji siedziała pani z biblioteki, pani od samorządu szkolnego i opiekun naszej (nota bene najliczniejszej ze wszystkich) grupy. Chyba to jakoś oceniały, ale nikt nie wie, w jaki sposób. Nic to – cieszmy się, że zaliczone i że można o tym zapomnieć. Chociaż jest jeszcze bardzo niepokojąca opcja, że będziemy musieli się prezentować na drzwiach otwartych. Sobota w szkole?! Za jakie grzechy? I tak skończy się na tym, że będziemy spacerować leniwie wśród kolumienek i udawać, że nie wiemy, o co chodzi. Bo w sumie naprawdę nie wiemy – w tym roku nie ogarniam nawet, które klasy się tym zajmują. Ale jakoś ta wiedza nie jest mi do szczęścia potrzebna, najwyżej będzie spontan :)

 

Gala laureatów w środę, można się będzie poupajać chwałą. Albo raczej z miłością spoglądać na karteczkę zwalniającą z egzaminu i zapewniającą wstęp do każdego liceum. Co prawda w tym roku z biolci jest chyba więcej laureatów niż w kilku innych konkursach razem wziętych (nawet godzinę uroczystości ustalili inną), ale i tak się liczy.

 

Powinnam siedzieć właśnie nad wojnami punickimi albo innym Tarkwiniuszem Pysznym w ramach edukacji historycznej (geo można sobie odpuścić, nikt normalny nie ogarnie trzech lat nauki w jedno popołudnie, to po co zaczynać?) ewentualnie ogarniać motywy wędrowne i streszczenia „Zemsty” (nie przebrnęłabym przez tę książkę jeszcze raz), która jest obowiązkowa na egzaminie z polskiego. Ale mi się tak nie chce, że nie powiem nawet jak mi się nie chce, bo tego też mi się nie chce. Śledzę sobie za to propozycje piosenek na YouTube i nadziwić się nie mogę tym perełkom, które mi znajduje. Mam wrażenie, że on wie lepiej, czego ja chcę posłuchać niż ja sama. Wyszukiwarki robią się stanowczo za bardzo inteligentne! Co nie zmienia faktu, że nie wyobrażam sobie bez nich życia :)

 

Jęczenie jęczeniem, ale na razie to cieszcie uszy swoje niejaką Sóley Stefánsdóttir (a ja myślałam, że to polskie nazwiska są dziwne!):YouTube Preview Image


Wesołego jajka!

Wielkanoc za pasem, trzeba zacząć uroczyste przygotowania. Naćpanego baranka w koszyczku z poświatą namalowałam na religii, na chemii były doświadczenia z jajami, a w stołówce dostaliśmy spaghetti – niechybny znak, że zbliża się jakieś wolne. Atmosferę radości psują nieco nauczyciele i ich aluzje względem:

a) powtórek

b) próbnych testów

c) miliona prac klasowych.

 

Prace klasowe z materiału całego gimnazjum to najnowszy pomysł mojej szkoły. Z niektórych przedmiotów były już testy z zakresu poszczególnych klas, a teraz, na kilka tygodni przed egzaminem, jedziemy hurtowo. Geografia, fizyka, matematyka, chemia, biologia (ale to żadna nowość^^) to najlepsze odpowiedzi na pytanie „dlaczego e-dziennik pęka w szwach”. Na widok rozprawek z polskiego mam jeszcze większy odruch wymiotny niż miałam (a odpowiedź na odwołanie w sprawie konkursu polonistycznego podobno iiiiidziiieee, tylko coś dojść nie może), a historia leży i kwiczy. Się kiedyś zbiorę i nauczę tych dziwnych dat, zobaczycie! A jak nie, to napiszę na egzaminie, że wiem tylko: „1717 Sejm Niemy” i „1989 urodziny The Quintessence of Superb w ciele mojego brata Laudańskiego M.” (wydarzenie to na pewno zrewolucjonizowało świat bardziej od tych wszystkich Humbaldów z Trzemeszna :P ), i niech sobie myślą, co chcą.

 

Mała Wredna zrobiła się ambitna i korzystając z niezagospodarowanej czasoprzestrzeni podczas ostatniej geografii (o czym w ogóle była ta lekcja?) ułożyła sobie „Plan Życia Wśródegzaminowego” z rozpiską, który dziwny przedmiot będzie ogarniać którego dnia. Nooo, sądzę, że powinna dostać +10 pkt za dobre chęci (i kolejne +15 za moje rysunki na owej rozpisce).

Chociaż są lepsi – dzisiaj się ktoś przyznał do powtarzania fizyki o 6.30 rano. Jak można cokolwiek robić o 6.30 rano?! Owszem, fizyka obowiązuje o każdej porze dnia i nocy (a moja nauczycielka nie omieszkała mi przypomnieć ostatnio z Wielkim Wyrzutem w głosie: Pani Zuzanno, pani w tym momencie powinna być u mnie na zajęciach! Mamy jedną godzinę w tygodniu, spóźnienia są zabronione!), dokładnie tak, jak szyfry do różnych urządzeń (ach, nigdy nie zapomnę, jak recytowałam pin do internetu w moim laptopie, zwanym pieszczotliwie Fryderykiem, wyrwana z głębokiego snu o drugiej nad ranem! Trzecią Newtona też bym tak umiała, na pewno!).

 

A moje haniebne zaniedbanie lekcji fizyki wynikło z Wielkiej Walki z projektem edukacyjnym. Postanowiliśmy bowiem nadać całemu przedsięwzięciu przynajmniej odrobinę sensu i nakręciliśmy film na Festiwal Gimnazjalnych Projektów Edukacyjnych. Przy czym zapomnieliśmy o wszechobowiązującej ostatnio na świecie biurokracji. Instrukcja do wypełnienia instrukcji po prostu mnie zabiła. Oczywiście narzucone były: liczba stron, rodzaj i wielkość czcionki, interlinia, tabelki, podpunkty. Efekt projektu musi być zaprezentowany w formie prezentacji multimedialnej bądź filmu o określonej długości/ilości slajdów/sposobie zapisania. Nie treść jest najważniejsza, tylko forma – organizatorzy mogą zdyskwalifikować grupę za niezrealizowanie wszystkich kryteriów. Czyli, teoretycznie, jak ktoś będzie miał interlinię 1,5 zamiast 1, wylatuje. Mam nadzieję, że moje tabelki w Wordzie są wystarczająco tabelkowe.

 

Wczoraj realizowali się na teście szóstoklasiści i mówili, że był trudny. Czy to była jakaś aluzja również do naszego egzaminu? Hmm, średnio mi się podoba ta wizja…

 

Teraz, w ramach uczenia się historii oczywiście, idę skończyć Świat króla Artura Sapkowskiego. Wiecie, średniowiecze, te sprawy :)

 

Życzę szczęśliwego jajka z poświatą (jak mój idol, ksiądz S., przykazał) i zasłużonego odpoczynku!

Mroźne igrzyska

Ach, rekolekcje! Czas zadumy, rozważań i głębokiego rozmyślania na tematy życiowe. I trzęsienia się z zimna w kościele, w którym nawet jak na dworze jest 40 stopni i tak panuje mróz. Jakiś mikroklimat normalnie! Plus, umówmy się – drgawki z zimna nie nastrajają do innych konkluzji oprócz: „O czym ten ksiądz mówi i kiedy przestanie?”

Ale za to mamy wolneee :)

 

Wypadałoby was podręczyć jakąś nową notką, bo się ostatnio obijam. Na mój pracoholiczny sposób, oczywiście, ale obijam się jak nic. Te dwa tygodnie w ogóle były jakieś dziwne. Na zmianę testy próbne z matmy (paskudnie mogę się uśmiechnąć, bo nie piszę części „ścisłej” egzaminu!) i z polskiego (tu już gorzej, szanownej komisji konkursowej nie spodobała się moja rozprawka o idealnej książce, zostałam styrana nawet za klamrę kompozycyjną z Szymborskiej, a odwołanie pewnie leży gdzieś głęboko w czyimś biurku, więc teściku humanistyczny: witaj!), jakieś konkursy z angielskiego (bez obrazy, ale ten Fordon to mógłby być nieco bliżej cywilizacji :D ) oraz mój ukochany Kangur Matematyczny (dalej pogrążam się w bezdennej rozpaczy, że nie udało mi się złożyć Radosnego Sześcianu!).

W międzyczasie zaliczyłam jakieś śmiertelnie nudne rozdanie nagród (dostałam słitaśny dyplomik!); najciekawszym momentem ceremonii było omdlenie żołnierza z grupy rekonstrukcyjnej. Jakaś wredna pani posadziła mnie w pierwszym rzędzie i musiałam bardzo dyskretnie tłumić ziewnięcia, bo dużo różnych ludzi machało mi nad głową kamerami. Na szczęście celowali w laureatów, a wyróżnieni mogli się bezpiecznie ewakuować na poczęstunek :)

 

Powiem wam jednak, że ten egzamin gimnazjalny to bardzo zły pomysł. Ja tam jeszcze jestem w nader komfortowej sytuacji, tytuły laureata (na finale z francuskiego musiałam się chyba wykazać jakąś głęboko ukrytą znajomością tego języka, bo strona kuratorium mówi mi, że miałam ponad 75%…) sprawiają, że teraz muszę tylko być obecna na polskim, historii i angielskim, mogę dostać sobie jeden punkt (ciekawe, czy zero też?), a każde liceum teoretycznie i tak musi mnie przyjąć. Pozostałym, którzy nie mają zapewnionego takiego spokoju ducha, bardzo współczuję. Stres podczas pisania zrobi swoje, a czujne odliczanie nauczycieli też specjalnie nie pomaga się skupić („za miesiąc macie egzamin, weźcie się do roboty!”, „powtórzcie coś z tej historii, bo inaczej źle będzie z wami!”). I tak przecież wiosna wygra z wszystkimi powtórkami :P A wiosna połączona z wieczorami przy ulubionym serialu? Nawet się nie będę odzywać.

 

W ramach pokarmu dla ducha urwałyśmy się dzisiaj z Małą Wredną do kina na Igrzyska Śmierci. Jako zagorzała czytelniczka wszelkiego fantasy i części science-fiction trylogię Suzanne Collins (nota bene ma ona najlepsze imię na świecie <high five @Minakel>) dawno już odhaczyłam i od kilku miesięcy niecierpliwie tupałam, czekając na ten film. Iiii, nie zawiodłam się! Udało się oddać klimat powieści, całkiem nieźle wybrano wątki i aktorów: podczas oglądania dwójki głównych bohaterów zapominałam, że siedzę w kinie, a to chyba recenzja najlepsza z możliwych ! Raz prawie zeszłyśmy z Wredną na jeden wspólny zawał serca, bo skoczyło na nas z ekranu coś pomiędzy wilkiem i niedźwiedziem, a zrobiło to znienacka i z wielkim hukiem. Jak jest dobry film, to nikt nie potrzebuje 3D do przestraszenia widzów… Nie wiem, jak wyrazić uznanie dla projektantów strojów wszystkich mieszkańców Kapitolu – po prostu cudeńka nawymyślali. Przypominała mi się trochę najnowsza wersja Alicji w Krainie Czarów, jak na to patrzyłam. Dziwne falbanki, różnokolorowe długie rzęsy, hipnotyzujące fryzury. Zdecydowanie pasujący do sytuacji kicz, który stanowił świetny kontrast ze strojami mieszkańców biedniejszych dystryktów. Reżyserowi zdecydowanie udało się podkreślić to, o czym pisała autorka w książkach. Jak dla mnie – cały film bardzo dobry, polecam.

Klasyczna dzicz mennonicka

Weekend to czas na odpoczynek po tygodniu pracy? Dobry żart. Jakoś tak nie wiedzieć czemu moje weekendy ostatnio są dziwnie pracowite, a szkolne życie zamieniło się w lekko studenckie. Toż ja rzadziej bywam w gimnazjum niż The Quintessence of Superb (czyli mój brat) na uniwersytecie!

 

W czwartek była wielka wyprawa do Torunia wraz ze stadem (prawie) francuskojęzycznych i lekko znerwicowanych towarzyszy. Zgubiliśmy się tylko kilka razy, ale udało nam się nawet z godzinnym wyprzedzeniem dotrzeć na trzeci etap konkursu kuratoryjnego. Tubylcy jak zwykle na nas warczeli, ale później było wielkie bratanie się, zwłaszcza przed etapem ustnym. Jako cyborg bez uczuć gadałam sobie z komisją bez stresu, za to z wielką swadą (dalej nie mam pojęcia, jakim cudem oni zrozumieli moją francuszczyznę! Pamiętam tylko, że bredziłam coś o le map, bo nie wiedziałam jak poprosić o plan miasta :*). Z olimpiady wróciliśmy z przemielonymi mózgami: pytania na części pisemnej dotyczyły na przykład Marii Curie-Skłodowskiej i jej Nobla (przecież ona nasza, polska! Czemu ją sobie przywłaszczają na francuskim?) albo etapów tworzenia pacynki antystresowej.

 

W ramach odpoczynku, w piątek ogarniałam lektury na konkurs z polskiego – czyli główną atrakcję sobotniego poranka. Olimpiady w soboty powinny być zabronione, zdecydowanie. Ja jednak czasami jestem medium: coś mnie tknęło i sprawdziłam wszystkich polskich laureatów nagrody Nobla, którzy pojawili w części dotyczącej kultury. Autorzy tych testów chyba w ogóle lubią noblistów, albo jakaś moda zapanowała, ja nie wiem. Niektóre pytania na polskim były trochę niepoważne: łapki w górę, kto wie jak nazywał się zwycięzca konkursu pianistycznego „Arthur Rubinstein in memoriam” z 2011 roku i umie mi powiedzieć, jak się to ma do sprawdzania wiadomości z języka polskiego? Nie było może tak zabawnie, jak przy pacynce antystresowej (dalej nie mam pojęcia, co to jest, wiem tylko, że powinno mieć pompon – to było jedno z nielicznych słówek, które zrozumiałam), ale całkowicie poważni to organizatorzy nie byli ;) Nooo – ale przynajmniej dostaliśmy wafelki na przerwie!

 

Do pełni mojego szczęścia dołączył jeszcze dzień dzisiejszy, czyli Gimnazjum Klasyczne jako Menno-Team, czy jakkolwiek inaczej by to nazwać. Krótko mówiąc, dzieci z miasta pojechały demolować olęderską chatę z Chrystkowa oraz zrobić projekt edukacyjny. Powiem tak – obora pana Czesia cieszyła się ogromną popularnością, a ja przytulałam malutką owieczkę, w przerwach ogarniania „co robimy z kamerą i za ile czasu ona się wyładuje”. Mój międzyczas ma się, jak widać, kwitnąco.

Stroje były genialne, ale jak aktorzy biegający po podwórzu w samych koszulach względnie sukienkach się nie rozchorują, to będzie cud świata. Uważam, że sweet focie w tych mennonickich czepeczkach pasowałyby wam na profilowe na fejsie, my friends. Teraz tylko trzeba efekt czterogodzinnego nagrywania przerobić na 12-minutowy film akcji – czyli kolejny weekend pełen wypoczynku się szykuje. Po prostu me gusta.

 

A zaległa kartkówka z chemii czeka i macha swoją aminokwasową łapką z daleka :/

 

O Napoleonie to wolę nawet wolę nie myśleć, l’histoire mnie przeraża – za dużo żołnierzy wyklętych, Humbaldów z Trzemeszna i perypatetyków plącze mi się po domu, żebym miała jeszcze chęć pa(cz)trzeć na podręcznik.

+ Kony 2012 & Invisible Children – zalejmy Internet! (http://www.kony2012.com/)

Sweet sixteen

Po przeżyciu zeszłego tygodnia jakoś wydaje mi się, że kończenie szesnastu lat było bardzo złym pomysłem. Nie mam tu oczywiście na myśli naszego sabatu, dziewczęta (Sierotko, mam nadzieję, że nie zabiję się prezentem od ciebie, Justyś – rozwijanie we mnie pasji kulinarnych źle się skończy, odradzam. Chociaż w sumie te ciasteczka z masłem orzechowym mogą wskazywać na coś zupełnie innego… + Odgryzę temu misiowi głowę na twoich oczach, zobaczysz!), ale cała reszta żywota znękanej Zuzanny już mi się mniej podobała. Oczywiście z paroma wyjątkami – suchary na piątkowym polskim przechodzą już do tradycji, mój zeszyt do matematyki ma coraz większą wartość artystyczną, a naukowo to udało mi się ogarnąć na czym polega idea alkoholi wielohydroksylowych i uważam to za nadzwyczajny postęp mojego mózgu w kwestii chemicznej.

 

Gimnazjum Klasyczne raczej nie przewiduje ulg dla konkursowiczów, w związku z czym w tym tygodniu musiałam jednocześnie powtórzyć duuużo biolci (w środę była wyprawa do Torunia na finał – prawie czterysta osób w jednej auli tworzyło bardzo dusznie-zestresowaną atmosferę, jeśli wiecie co mam na myśli^^) i ogarnąć wiadomości na prace klasowe z polskiego, matematyki, chemii i biologii (w myśl zasady, że tydzień bez sprawdzianu z biologii tygodniem straconym). Jak widzicie, moje życie jest ostatnio wypełnione wolnym czasem, przyjemnościami i błogimi chwilami lenistwa. Taaaaak…

 

Niektóre licea ogłosiły już zasady rekrutacji i coś mi się wydaje, że rewolucji nie będzie. Chyba tylko Jedynka zdecydowała się na wprowadzenie trzech bloków edukacyjnych (humanistyczny, akademicki i klasa hiszpańska), VI LO zostaje przy profilach i jednej klasie mieszanej, II LO również profile i możliwość wybrania klasy dwujęzycznej (z francuskim albo niemieckim). Na stronach pozostałych szkół niczego się nie doszukałam, ale podejrzewam, że zbyt wiele się nie zmieni w stosunku do ubiegłych lat.

 

To niektórym życzę miłej weekendowej zabawy, a ja idę ogarniać Herberta, Gałczyńskiego i francuskie czasowniki, bo zapowiada się kolejny tydzień wypełniony „atrakcjami”. Mam coraz większą ochotę przeczytać jakąś bardzo głupią książkę, bez konieczność zapamiętywania jakiś bzdurnych szczegółów, o które „mogą zapytać na olimpiadzie”. Na razie niestety muszę się ograniczyć do podczytywania różnych blogów – herbata i czyjaś dobra notka to idealne połączenie na każdą pogodę. Chociaż w taką jak dzisiaj to zdecydowanie trudniej się skoncentrować :)

 

Wiosnę wieszczę, moi drodzy!

+ Birdy, która zaczarowała świat:  YouTube Preview Image

Coś więcej o reformie

Na zewnątrz w końcu wytęsknione +5 stopni, można zacząć wychodzić z domu z nieco większym entuzjazmem :D

W wolnej chwili między obijaniem się a wielkim obijaniem się znalazłam kilka ciekawostek na temat mojej ukochanej reformy, która wraz ze mną wkroczy niebawem do liceum.

  • Pierwsza klasa liceum będzie kontynuacją gimnazjum, czyli wszystkie przedmioty jak do tej pory, nie ma zmiłuj. Z jednym wyjątkiem – rozszerzenia z j. polskiego, matematyki i języka obcego nowożytnego (czyli my, fani łacinki z Klasycznego, możemy czuć się poszkodowani^^) powinny rozpocząć się już w tym roku.
  • Klasa druga i trzecia – tutaj dopiero zaczynamy cudować. Obowiązkowo trzeba wybrać od dwóch do czterech rozszerzeń, przy czym co najmniej jednym z nich musi być biologia, fizyka, chemia, geografia albo historia. Ci, którzy wybiorą historię, będą mieli przyrodę jako przedmiot uzupełniający. Ścisłowcy dostają w prezencie historię i społeczeństwo. Obowiązkowo zostają lekcje j. polskiego, dwóch języków obcych, matematyki, wuefu i religii/etyki (ach, marzę, żeby po raz kolejny narysować kolorowymi kredkami Gwiazdę Betlejemską z poświatą!).

     

    Żebyśmy nie mieli jednak przypadkiem za dużo wolnego czasu, to uczniowie, którzy wybiorą mniej rozszerzeń będą musieli chodzić na lekcje uzupełniające: zajęcia artystyczne, ekonomię w praktyce albo inne, zaproponowane przez szkołę.

 

I (cieszmy się, radujmy!) dalej obowiązkowa będzie edukacja dla bezpieczeństwa! Niestety (szczerze nad tym ubolewam), tylko na poziomie podstawowym. Ciekawe, jak wyglądałaby definicja utopienia (obecnie jest to uduszenie w środowisku płynnym), dla hardkorów z rozszerzonego EDB…

 

Fanów łaciny i kultury antycznej uspokajam – można się jej będzie uczyć na poziomie rozszerzonym, tak samo jak historii muzyki czy filozofii. W zakresie podstawowym można natomiast będzie zdobywać wiedzę o kulturze, podstawach przedsiębiorczości, wychowaniu do życia w rodzinie, etyce albo wcześniej wspomnianym wuefie i edukacji dla bezpieczeństwa.

 

Nie wiem, jak wy, ale dla mnie dalej jest to jeden wielki chaos. Do końca lutego licea mają zaprezentować swoje oferty, więc wszystko się okaże. Mam nadzieję, że w praktyce wypadnie to lepiej niż mi się to teraz wydaje. Z jednej strony świetnie – nie muszę wybierać konkretnego profilu, a z moimi rozlazłymi zainteresowaniami byłoby to trudne. Ale miło by było, gdyby to wszystko przemyślano jeszcze raz i ogłoszono trochę wcześniej. Nie mówiąc już o tym, że chyba w końcu zbankrutuję na tych zreformowanych podręcznikach!

 

Jedyną naprawdę pozytywnie nastrajającą mnie do świata informacją, którą wygrzebałam z jakiegoś czatu ze specjalistami MEN jest to, że (przynajmniej w tym roku) tytuł laureata np. z biologii zwalnia z całej części matematyczno-przyrodniczej egzaminu. Jupi! Jest jeszcze cień szansy na wymiganie się z egzaminu z matematuni! Mam dodatkową motywację, by zgłębiać tajemnice podwójnej helisy z jej komplementarnymi do siebie zasadami azotowymi. Żegnajcie więc!

+ Wredna, szykuj się na Peetę i Gale’a ;)

YouTube Preview Image

Trzymałko, Dzierżankiewicz i ferie

Jeżeli ktoś nie zauważył, to lojalnie informuję, że Bydgoszcz ma ferie. Możliwy jest przyrost młodzieży w centrach handlowych i innych strategicznych miejscach, zwłaszcza w godzinach przedpołudniowych. Dzisiaj także przewidywana jest duża liczba lekko nieprzytomnych ze szczęścia par, patrzących jednak czujnie na boki, ilu znajomych już ich widziało. Zmienianie statusów na Facebooku czas zacząć.

Zamerykanizowani niech sobie świętują, ja tam idę się ukulturalniać vel poobserwować seksownych tancerzy tańca irlandzkiego. Mhhmmm…

 

Dwa tygodnie laby są bardzo miłą perspektywą, aczkolwiek Kraina Po Feriach wygląda tak przerażająco, że lepiej nie myśleć. Trzeba sobie ponicnieporobić na zapas. Duuuży zapas^^ Jako że narciarka ze mnie żadna, to będę się grzać w ciepłym domku i narażać się na groźby rodziców („Jak to wstałaś o 14?!! Jutro cię obudzę o jakiejś przyzwoitej godzinie, zobaczysz!!”). No, nie moja wina, że zaczytałam się w Barańczaku i znalazłam w końcu kogoś znacznie wredniejszego ode mnie. Koledzy Trzymałko i Dzierżankiewicz oraz falująca pierś Alicji, eleganckie chrząkanie barona i goryle we mgle stanowią bardzo atrakcyjne towarzystwo na mroźną, zimową noc. Książki najgorsze polecam złośliwcom. A jak dodać do tego podkład z Romeo et Juliette robi się sceneria życiowo idealna :D

 

Koniec tego dobrego, mes amis, idę ogarniać świat, który zdecydowanie potrzebuje ogarnięcia. Mama paczy na palmę i coś dyktaturuje w sprawie kotletów, stawia mi jakieś obiadowe ultimatum, Tybalt zabija Merkucja, Romeo Tybalta, Kot ironizuje, że widać, że mam ferie, bo mu odpisuję w poniedziałek nad ranem, Sierotka pisze na fotoblogu odezwę do narodu, a żeńska połowa świata podnieca się Damonowym I find you compelling na Facebooku. Taki tam dzień jak co dzień – jeżeli coś z tego zrozumieliście, to możecie być z siebie dumni!

 

Romeooo <3 YouTube Preview Image